Ulica spalona słońcem

Niewiele jest osób, które mając do wyboru wycieczkę nad morze i wypad do Knina, wybrałyby tę drugą propozycję. Na szczęście są jeszcze tacy, którzy zdecydowaliby podobnie jak ja.

Najstarsza knińska ulica, prowadząca od dworca kolejowego do mostu na rzece Krce, miała swoje pięć minut w środkach masowego przekazu. Była tu Telewizja Belgrad, była ekipa BBC. Zdjęcia z tej – niedużej przecież ulicy – obiegły w swoim czasie świat. Dzięki agencjom prasowym obsługującym rozpad Jugosławii.

Chodził tędy Tito. Witany był owacyjnie. Przejeżdżali ulicą ambasadorowie wielkich mocarstw. Utyskiwali przy tym, w zamkniętych szczelnie samochodach, że władze rezydujące w mieście, z dwiema ulicami na krzyż, skutecznie torpedują proces pokojowy. Plan, nad którym łamią sobie głowy wielcy tego świata.

Dziś chcę zobaczyć to, co zostało z tamtego miejsca.

Serpentyny od strony Žagrovicia i panorama miasta robią wrażenie. To właśnie ta malownicza trasa prowadzi do głównej ulicy.

Knin leży w kotlinie, w dolinie, więc jest tu dziś jak w piekle. Czterdzieści stopni i brak jakiegokolwiek wietrzyka. Mieszkańcy pochowani. Trochę zieleni i zimne piwo w klimatyzowanym lokalu przydworcowym ratują sytuację.

Właściciel niewielkiego kaficia, pełniący jednocześnie obowiązki kelnera, opowiada nam swoją historię. Podczas wojny służył w chorwackim wojsku. Jednak poczucie humoru upoważnia go do żartów, których raczej nie spodziewałbym się w towarzystwie nieznajomych. Zwłaszcza tu, przy głównej ulicy.

– Wiecie, jak się nazywa państwo stworzone przez ustaszy i Krajinę?

– Nie?

– Ukraina!

Moi przyjaciele zostają przy piwie. A ja wyruszam na spacer po mieście.

Głośna od cykad, nie gwarem mieszkańców niestety – ulica Tudźmana wywołuje smutną konstatację. Miasto wygląda dużo lepiej z zewnątrz niż od środka.

Zielona aleja kończy się przy schludnym i udekorowanym pomnikiem placu przydworcowym. Sam budynek – węzłowej niegdyś – stacji kolejowej nie zmienił jednak wyglądu od lat dziewięćdziesiątych. Zapewne zabrakło pieniędzy. Napisy w cyrylicy oczywiście zdjęto.

Dworzec kolejowy.

Dawna siedziba Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Republiki Serbskiej Krajiny 1991-1995.

Resztki dawnego Knina.

Tudźmana tuż za stacją przechodzi w króla Zvonimira. I rzeczywiście, robi się jeszcze bardziej „historycznie”. To ciągle jedna i ta sama, spalona słońcem ulica. Po prawej dawna siedziba MSW Serbskiej Krajiny. Kilkadziesiąt kroków dalej zaczyna się po prostu strefa ruin. Niezagospodarowanych od dziesięcioleci kamienic. Widać stary napis cyrylicą na brudnym oknie zdewastowanego budynku. Jest zamknięta cerkiew pod wezwaniem Opieki Najświętszej Bogurodzicy. I jeszcze widok na imponującą twierdzę.

Dawna główna – najstarsza ulica Knina dziś po prostu straszy. Miasto przypomina dziurę zabitą dechami. Dosłownie. Nie czuć tu ducha „chorwackiego miasta królewskiego”. Mimo że Knin był wpleciony w górnolotną frazeologię nieżyjącego prezydenta. I polityków nawiązujących do jego spuścizny. Knin nie narodził się na nowo. Jeszcze.

Cerkiew prawosławna.

Ślad czasów minionych.

Dziś, w lipcowe popołudnie 2026 roku, na głównej ulicy jest pusto. Zdjęcia, które robię, wspomnienie rozmowy w knajpie i głosu cykad zabieram ze sobą.

***

Jeden komentarz

  1. To interesujący artykuł, który wykracza poza prezentację typowych atrakcji turystycznych. Doceniam przedstawienie autentycznej historii i rzeczywistych miejsc. Gratuluję wartościowego wpisu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *